Kochał młodego
człowieka.
Służąc Chrystusowi, jako kapłan, realizował swoje
powołanie do końca ziemskich dni przez nieustanne, wytrwałe
ukazywanie młodzieży właściwego dla chrześcijanina modelu życia.
Hasło: "DAJ MI DUSZE, RESZTĘ ZABIERZ" było drogą wcielenia Ewangelii w codzienność. Dla umocnienia wiary w młodym człowieku oddal nie tylko swoje siły i życie, ale przede wszystkim założył w Kościele zgromadzenia zakonne, których członkowie realizują cel zbawienia młodzieży.
Był prekursorem chrześcijańskiej szkoły zawodowej, pionierem w tworzeniu zalążków chrześcijańskich związków zawodowych. Do celów apostolskich zaangażował prasę, jako jeden z pierwszych propagował formę książki kieszonkowej o treściach ewangelicznych, historycznych, misyjnych. Za patrona swojej działalności obrał św. Franciszka Salezego, biskupa Genewy, człowieka o dobrym sercu, głębokiej pobożności i żywej miłości bliźniego. System pedagogiczny oryginalny w swej prostocie, oparł na wierze w Jezusa Chrystusa Zmartwychwstałego, rozumie otwartym na poznanie Bożych dzieł i na miłości skierowanej do każdego człowieka.
Swoich duchowych synów - Salezjanów - i duchowe córki - salezjanki - posłał również do ludzi nie znających Ewangelii i polecił misjonarzom otoczyć opieką duchową i materialną troską młodzież misyjnych ziem. Był inspektorem budowy licznych świątyń, wielu szkół i zakładów wychowawczych. Wiernie służył papieżom swojego życia. Pomagał ludziom przez dar modlitwy, pełnienie posługi słowa, cierpliwość i zrozumienie lekarza sumień, sprawowanie Eucharystii, posługę sakramentalną. Posiadał Boży dar czynienia cudów. Kościół uznał Jego świętość przez akt beatyfikacji w 1929 roku. W 1934 roku ojciec święty Pius XI ogłosił Go świętym naszych dni.
Św. Jan Bosko przez cale swoje życie służył wiernie Chrystusowi, a pomocą i Mistrzynią była mu Maryja, Wspomożycielka Wiernych.
Nie miałem
jeszcze dwóch lat, kiedy umarł mój ojciec. Nie pamiętam nawet jego
twarzy, pamiętam tylko słowa matki: "mój Janku, nie masz już ojca".
Wszyscy wychodzili z pokoju, w którym leżał zmarły, tylko ja
upierałem się, aby tam zostać. Cóż mogło rozumieć dziecko w tym
wieku. Miałem wtedy dwa lata. Od tego pierwszego cierpienia aż do
piątego roku życia nie zachowałem żadnego innego wspomnienia.
16
sierpnia 1815 roku, w małej wiosce Becchi, leżącej w odległości 30
km od Turynu, w rodzinie Bosko urodziło się dziecko. Był to syn
Małgorzaty i Franciszka; na chrzcie nadano mu imiona: Jan Melchior.
W dwa lata później ojciec dziecka zmarł na gwałtowne zapalenie płuc.
MOJA WSPANIAŁA MATKA
Jej wielkość oceniam dokładniej dopiero teraz, po latach. W
domu było nas pięcioro: ona, chora matka naszego ojca i my trzej,
którzy nie zawsze byliśmy aniołkami. Byliśmy biedni, nie dziw się,
że chciała, żebyśmy umieli pracować. Zresztą sama dawała tego
najlepszy przykład. Ale nade wszystko chciała przekazać nam swoją
wiarę: "Bóg was widzi, moje dzieci. Ja mogę być daleko, On zawsze
jest obecny" - powtarzała często. A potem, kiedy miałem już
dziesiątki i setki chłopców, jakim wspaniałym była pomocnikiem! I
pomyśleć, że nie umiała nawet czytać.
W chwili śmierci swego
męża, ojca Janka, Małgorzata miała 29 lat. Jej życie było wzorem
pracowitości i macierzyńskiego oddania. Odznaczała się wrodzonym
instynktem wychowawczym. Z roztropnym umiarem unikała zarówno
przesadnej surowości jak i fałszywej słodyczy.
KIEDY MIAŁEM 9 LAT
Śniło mi się dzisiaj coś niezwykłego - opowiadałem przy
śniadaniu. - Zdawało mi się, że znalazłem się w tłumie chłopców,
którzy krzyczeli i przeklinali. Chciałem uciszyć ich wrzask,
krzycząc jeszcze głośniej, potem za pomocą pięści. Ujrzałem wówczas
nieznajomą, tajemniczą Postać i usłyszałam jej słowa: "Nie! Nie
gwałtownością, lecz słodyczą możesz pozyskać ich, przyjaźń". Wtedy
ci nicponie, którzy na chwilę stali się dzikimi zwierzętami,
zmienili się w posłuszne baranki. Słyszałem dalej głos: "Janku,
prowadź ich na pastwisko. Później zrozumiesz znaczenie tego, co
teraz widzisz".
Rodzonym bratem Janka był Józef bratem
przyrodnim - Antoni. Po wysłuchaniu relacji Józef orzekł: "Może
zostaniesz pastuchem bydła". Antoni zaś zawyrokował: "Raczej wodzem
bandytów". Usta nabożnej matki wypowiedziały przypuszczenie: "A może
zostaniesz księdzem"? Wiele lat później ks. Bosko nawiązywał do
swojego snu i do pamiętnych słów matki.
TROCHĘ
ODMIENIEC
Kiedy
przychodziłem z poobijanymi kolanami i obdartymi rękawami, moja
matka za łamywała ręce. Zdawało mi się jednak, że moi rówieśnicy
byli nieco lepsi, gdy się z nimi ba wiłem. Może to moje kuglarskie
sztuczki spra wiały, że miałem ich w ręku.
Janek Bosko posiadał
wysoko rozwinięty zmysł spostrzegawczości i rzadki dar
naśladownictwa. Był przy tym wysportowany jak rzadko który z
rówieśników. Latem, przed miejscowym tłumkiem dzieci i dorosłych,
demonstrował chodzenie na linie i inne popisy akrobatyczne. Wrodzona
zręczność i sprawność rąk pozwalały mu na pokazy z zakresu "białej
magii". Przyszły apostoł miał w tym swój cel - jego "seanse"
kończyły się zawsze wspólną modlitwą.
BYŁEM NA SŁUŻBIE
Miałem już 11 lat, a umiałem zaledwie czytać i pisać.
Wiedziałem już, że mam być księdzem. Dobry ks. Calosso uczył mnie
łaciny, ale sytuacja w domu była taka, że musia łem go opuścić.
Trafiłem do dalekich krewnych czy tylko znajomych mamy i zostałem u
nich prawie dwa lata.
Z powodu szykan brata Antoniego, w lutym
1828 roku Janek Bosko opuścił dom rodzinny, by szukać pracy. Dotarł
do rodziny Moglia w Moncuco. W tygodniu pracował, w niedzielę
zbierał chłopców, aby uczyć ich katechizmu lub opowiedzieć im jakiś
fragment z Ewangelii. Nieliczne wolne chwile poświęcał nauce
własnej.
STUDENCKI CHLEB
Po śmierci ks. Calosso, u którego zamieszkałem po powrocie z Moncuco, matka postanowiła , że będę chodził do Castelnuovo na kurs łaciny. Dobrze powiedzieć: będę chodził! 20 kilometrów codziennie pieszo, bagatela, czasem boso, by zaoszczędzić obuwia. Przy okazji nauczyłem się krawiectwa, co miało przydać mi się w przyszłości. Dopiero w Chieri rozpoczęła się prawdziwa nauka. Byłem tak szczęśliwy, że nie przeszkadzały mi drobne "urozmaicenia": korepetycje, posługiwanie u gospodyni, praca od świtu do nocy. Jeszcze dziś chce mi się śmiać, kiedy wspomnę, jak mój chlebodawca z całą powagą przepowiadał mi karierę handlową, bylebym tylko zechciał rzucić książki. Po dwóch latach nauki w Castelnuovo Janek rozpoczął systematyczną naukę w gimnazjum w Chieri. Tam też w roku 1834 wstąpił do seminarium duchownego.
W ROKU 1835 I W LATACH NASTĘPNYCH
Dlaczego nie zastałem franciszkaninem? - widocznie taka była
wola Opatrzności.... Nie wstępowałem do seminarium po to, by
zabezpieczyć byt mojej rodzinie, o nie zbyt dobrze pamiętałem słowa
matki: "Nic nie chcę i niczego nie oczekuję od ciebie, tylko tego,
abyś żył po chrześcijańsku. Urodziłam się biedna, żyłam uboga i ,tak
pragnę umrzeć. Zapamiętaj dobrze, Janku: jeżeli zostaniesz księdzem
i na nieszczęście stałbyś się bogatym, nie przyszłabym nigdy do
ciebie".
W każdym razie zostałem klerykiem. Utrzymanie zapewnili
mi dobrzy ludzie. Byłem na prostej drodze do celu - da kapłaństwa.
Co miało być nadto, wtedy jeszcze nie wiedzia łem, chociaż
tajemniczy sen i pewne skłonności kazały mi przypuszczać, że zajmę
się młodzieżą, zwłaszcza biedną i opuszczoną.
25 października
1835 roku kleryk Bosko otrzymał sutannę w kościele w Castelnuovo, w
którym kiedyś został ochrzczony. W seminarium spędził 6 lat. Zapisał
się tam chlubnie. W przeddzień święceń profesorowie wypisali obok
jego nazwiska opinię: bardzo dobrze z wyróżnieniem. Postawę
religijno-moralną określili jako pełną gorliwości.
5 czerwca
1840 roku Janek Bosko otrzymał święcenia kapłańskie. Matka
Małgorzata powiedziała mu tego dnia : "Zacząć odprawiać mszę św., to
znaczy zacząć cierpieć... Myśl tylko o zbawieniu innych i nie zajmuj
się mną."
NIEKIEDY SNY SIĘ SPRAWDZAJĄ
W Castelnuovo spotkałem kilku dobrych księży, ale nie mogłem
zawrzeć z nimi przyjaźni. Gdybym był księdzem - mówiłem do mojej
matki - nie postępowałbym tak. Zbliżyłbym się do dzieci,
gromadziłbym je i robił wszystko, aby mnie kochały. Powtórzyło się
to w seminarium - byłem nieszczęśliwy, mówiąc szczerze, że moi
przełożeni byli tak mało dostępni dla seminarzystów. Zapragnąłem
czym prędzej zostać księdzem aby wejść między młodzież, poznać ją
dobrze i być jej przyjacielem. Myślę, że mi się to przynajmniej w
części udało.
Od 3 listopada 1841 roku ks. Bosko rozpoczął swój
apostolat wśród młodzieży: gromadził młodych chłopców w tzw.
oratorium, modlił się z nimi, bawił, uczył, wychowywał, zaopatrywał
w miarę swoich niewielkich możliwości.
Problem młodzieży był
palący. W Turynie liczącym 140.000 mieszkańców były w 1848 roku aż
cztery więzienia dla nieletnich. Chłopcy, początkowo nieufni i
dalecy od chęci zbliżenia, zaczęli napływać dziesiątkami. Ks. Bosko
wyszukiwał dla nich miejsca dla wspólnej zabawy i modlitwy,
organizował spotkania, przewodniczył, rozmawiał indywidualnie. Mimo
trudności dzieł o rozrastało się.
W 1852 roku 150 opuszczonych
chłopców znalazło na stałe dom i rodzinę pod dachem swojego opiekuna
i ojca, który w poszukiwaniu młodych dusz dokonywał rzeczy
niezwykłych. W 1855 roku np. wyprowadzał 300 młodych więźniów na
przechadzkę niedzielną i wszystkich przyprowadził z powrotem - bez
niczyjej pomocy.
MOŻE BYŁEM
SZALONY,
ALE BYŁO TO SZALEŃSTWO Z MIŁOŚCI
To było na początku ... Przyjechało kiedyś do mnie dwóch
kanoników "na zwiady' : Niedowierzałem im, ze wkrótce będziemy mieli
kościoły, podwórza, domy, księży, tysi ące chłopców. Chyba upewnili
się, że istotnie mam źle w głowie, bo w kilka dni później Wysłali
powóz i dwu ludzi, którzy mieli mnie odstawić do zakładu dla
obłąkanych. Biedni księża! Usilnie wymawiałem się najpierw, że nie
mogę wsiąść do powozu przed nimi, a kiedy tylko znaleźli się w
środku, zatrzasnąłem drzwiczki i krzyknąłem do woźnicy: "jedź, gdzie
ci kazano i zanim wyjaśniła się pomyłka, spotkali się w szpitalu z
tym, co przygotowali dla mnie,
Przy zupełnym braku własnych
funduszy ks. Bosko podejmował niezwykłe akcje. W 1860 roku
utrzymywał już kilkuset chłopców. Kiedy zaś umierał jego dzieło
rozszerzyło swoje wpływy nad trzystu tysiącami młodzieży. Wcześniej
zorganizował dla nich pracownie: szewską, krawiecka, stolarską,
introligatornię i kuźnię, wreszcie drukarnię. Sam napisał około 7Q
różnych prac oraz wydał 2500 książek i broszur. Wybudował, oprócz
kościoła św. Franciszka Salezego i domów dla młodzieży, trzy wielkie
bazyliki: dwie w Turynie i jedną w Rzymie - na polecenie papieża
Leona XIII.
MIAŁEM POTĘŻNĄ
POMOC
WSPOMOŻYCIELKĘ WIERNYCH
W sierpniu l83l roku miałem sen, który zdawał się
przepowiadać moje przeznaczenie. Podeszła do mnie wspaniała Pani,
zawołała mnie i pokazując wielkie stado, powiedziała; "Widzisz to
stado, Janku? - Powierzam Je tobie." Kiedy wyraziłem swoje
zakłopotanie, powiedziała: "Nie bój się, pomogę ci."
Ileż razy
musiałem tłumaczyć ludziom: - To nie ks. Bosko czyni cuda. On się
tylko modli i zaleca modlić się w intencji osób, które mu się
polecają. To wszystko. Cuda natomiast czyni Bóg, często za
pośrednictwem Matki Najświętszej. Ona widzi, że ks. Bosko potrzebuje
pieniędzy, by wyżywić i wychować po chrześcijańsku tysiące chłopców.
Przyprowadza mu więc dobroczyńców i zsyła na nich szczególne faski.
Ks. Bosko przez skromność pomijał fakt, że te nadzwyczajne łaski
przechodziły też przez jego ręce, sp ływały na ludzi dzięki jego
modlitwie. Gdy ukończono budowę świątyni Matki Bożej, z pokorą
wyznał, że nie ma w niej ani jednej cegły, która by nie świadczyła
łasce udzielonej przez Maryję Wspomożycielkę. Mimo swej skromności
już za życia cieszył się niechcianą sławą cudotwórcy. Liczne
uzdrowienia, jakich dokonał i inne niezwykłe fakty usprawiedliwiały
tę opinię.
PRACA, PRACA, PRACA
Będę odpoczywał, kiedy diabeł przestanie szkodzić - lubił
powtarzać ks. Bosko. W roku 1884 Combal, profesor uniwersytetu
zalecił mu wypoczynek: - Ksiądz zrujnował sobie zdrowie przez
nadmiar pracy. Organizm księdza jest jak ubranie, zniszczone z
powodu ciągłego używania. Jedynym lekarstwem jest włożyć je do
szafy. ˇ Drogi doktorze - odpowiedział ks. Bosko - to jest jedyne
lekarstwo, którego nie mogę zastosować. Zbyt wiele jest do
zrobienia.
r trzy lata później inny lekarz pisał: W nim wszystko
jest zaatakowane, serce jest zagro żone, zaatakowana jest wątroba,
rdzeń pacierzowy powoduje paraliż dolnych kończyn, już prawie nie
może mówić. Prócz tego źle działają nerki, a jeszcze gorzej płuca.
Ks. Bosko nie umiera z powodu jakiejś określonej choroby. On jest
jak lampa, która gaśnie z powodu braku oliwy.
18 stycznia 1888
roku o godz. 4,45 nad ranem wielki apostoł naszych czasów zakończył
życie, które było poświęcone jednej sprawie - rozdzielaniu Bożej
Miłości przez dzieła podejmowane dla dobra biednej i opuszczonej
młodzieży.
A KIEDY ZABRAKŁO KS. BOSKO
Dzieło podjęte za wyraźną inspiracji Niebios i mające
potężnego protektora w osobie Maryi Wspomożycielki nie mogło upaść z
chwilą, gdy zabrakło Założyciela. Ks. Bosko pomyślał o przedłużeniu
największej sprawy swojego życia zakładając ZGROMADZENIE
SALEZJANSKIE złożone z księży i braci zakonnych.
14 maja 1862
roku 22 młodych ludzi złożyło śluby zakonne na ręce ks. Bosko. W ten
sposób zaczęło się życie nowej wspólnoty w Kościele Chrystusowym.
W tej wspólnocie swoistą innowacją, pomyślaną i wprowadzona
przez Założyciela, jest . salezjanin -koadiutor. W odróżnieniu od
braci innych zgromadzeń zakonnych nie nosi on stroju wskazującego na
przynależność do wspólnoty zakonnej, dzięki czemu może łatwiej
pełnić salezjańską posługę tam, gdzie kapłan z, różnych względów nie
może dotrzeć.
Ks. Bosko powiedział do pierwszych koadiutorów:
"Potrzebuję pomocników. Są takie sprawy, których księża i klerycy
nie mogą się podejmować, natomiast wy je wykonacie. "
Salezjanie
- koadiutorzy uczestniczą na zasadzie pełnej równości z salezjanami
- księżmi w życiu Zgromadzenia, korzystają z tych samych uprawnień i
podejmują wspólną odpowiedzialność. W niesprzyjających warunkach
politycznych, wśród ludzi obojętnych lub wrogich religii, w szarej
codzienności ludzi pracy, nie zewnętrznym ubiorem, ale siłą
autentycznie chrześcijańskiego życia salezjanie - koadiutorzy
świadczą o Chrystusie, podejmując się różnego typu pracy
apostolskiej dla dobra całej wspólnoty.